MATEUSZ SKRZYŃSKI

Na gazie polubisz mnie na pewno.

A. Ekaf

Wiersze (wybrane)

[ BIAŁE, ŻÓŁTE I CZARNE HARPIE ]

Jest milion powodów
żeby żyć – mówi. Nagie
piersi unoszą się
i opadają. Za oknem mewy
pożerają małe kotki
a później dostają
niestrawności.

I co najmniej dziesięć razy
tyle, żeby umrzeć – ciągnie.
Ale to nie powód, żeby
stale myśleć o śmierci.

A później dodaje:

Całymi dniami wisisz
nad laptopem
w potrzasku pomiędzy
krzesłem, a biurkiem.
Tyle ciebie jest, ile
przestrzeni między nimi.

Zawsze bądź gotów
na atak z każdej strony.

Słuchaj, maleńka
skończmy, co zaczęliśmy
odpowiadam. Później
powiesz mi, co do mnie
masz.

Siada okrakiem na biodrach
ciała ocierają się, opadają
i unoszą jak trzeba. W końcu
zsuwa się ze mnie
układa na prawym boku.

Za oknem mewy pikują
napadają staruszki
kradnąc z plastikowych toreb
serki homogenizowane.

Na parapecie siada wielka
śnieżnobiała harpia
ona wie, że terror
to jest to

terror i seks

nikomu nie odpuścić.

Leżę w bańce ciszy
też wiem, jak to
działa.

 

Katalog stron www

[ NIEPRAWDOPODOBNIE BUJNE ŻYCIE MARTWEGO PISARZA]

Dożył
osiemdziesięciu czterech
lat

kursował od domu
do sklepu, później
z powrotem
po wino w gąsiorach

każdy po pięć litrów.

Trzymał w domu
tysiąc książek
trójkami owijał je
w folię.

Malował na ścianach
obrazy
kobiet kopulujących
z dzikimi zwierzętami

kiedy zapchał kibel
szczał do butli
po tanim winie.

Bez końca
zadręczał się kobietami
które odeszły.

Dał im pożreć
gnijące stopy, zaszczepić
bakterię we wrzodach
demencję w tym
co miał najlepsze.

Ten rozum robił rzeczy
wielkie

a potem zmarł.

Ze świętości
które po nim zostały

z tego
co po nim zostało
to

wiersz

oraz

obraz kobiety
splecionej z małpą
w miłosnym uścisku

krwawe shungi

którego facetom
w kombinezonach
mężczyznom
o mocnych żołądkach
od zabójstw
i samobójstw
nie udało się
zmyć z drzwi.

 

[ STRZELAJĄCY DO OBRAZU GOI]

Kupiliśmy mięso na obiad
trochę ubrań na Kolejowej
odrobinę szczęścia w automacie
do gier (przegraliśmy pięćdziesiątkę
przeznaczoną na rum i sok brzoskwiniowy)
później kupiliśmy rum za pieniądze
przeznaczone na książkę o architekturze
a zakup książki przesunęliśmy na
następny tydzień.

Miasto nieźle nas zmęczyło.

Wróciliśmy, uprawialiśmy seks
z przerwami na drinki
parowało z nas jak z plamy benzyny
o szybę uderzyła wielka lśniąca mucha
kot stanął na tylnych łapach i rozlał się
na oknie, próbując ją złapać
udawałem, że strzelam do niego
jak żołnierze Napoleona
do powstańców na obrazie Goi.

Życie samo w sobie – powiedziała
nie jest wiele warte.

Jak to? – roześmiałem się. – Przecież
możemy kochać się, pieprzyć
chodzić po rum, kłócić, a potem
wybaczać sobie.

A gdybyśmy tego nie mogli? – zapytała.

To byłby prawdziwy koniec świata
dziecinko – roześmiałem się raz
jeszcze.

Gdzieś taki koniec świata
z pewnością istnieje.

Ale nie mamy z nim wiele
wspólnego. I wolałbym, aby
ci co mają
trzymali się z daleka.

Oddałem w powietrze
strzał ostrzegawczy ze swojego
niewidzialnego karabinu

mając efemeryczną nadzieję, że
to może coś znaczyć.

[ ŻYCIE JAK WIERSZ ]

Doświadczenie
przemawia wyraźnie
nie pamiętamy naszego
początku, a i śmierć
przychodzi raczej
niespodziewanie

pomiędzy jest więcej
niczego, niż czegoś
prawdziwie konkretnego.

We mnie jest dużo
przebiegania przez pasy
(widziałem wiele
czerwonych świateł
zielone gasną naprawdę
szybko, zawsze mnie to
zaskakuje)

często płacę za parking
i za mandaty za złe
parkowanie

zdarza mi się prać skarpetki
w umywalce (są takie kobiety
które robią to samo z moją
złachaną twarzą)

wyciągam z pępka małe
wszechświaty nieskończenie
rozrastającego się brudu

długo zbieram się w sobie
zanim wywiercę dziurę w ścianie
albo podniosę opadające drzwi

ale przed tym wszystkim
– i jest tego całkiem sporo –
zalegają we mnie słone pokłady
zmagania się.

Jeśli czytasz to, kiedy jeszcze żyję
istnieje prawdopodobieństwo
że właśnie teraz sprawiam komuś
sporo kłopotu
tym zmaganiem się
i nie wykluczone, że tym kimś
mogę być ja.

[ OBJAWIENIA ]

Nie wiem jak pisze
się o miłości, gdzie
mieszczą się punkty
jej objawienia.

Może w ciemności
głuchej nocy, kiedy
budzę się wynurzając
z przeraźliwej głębiny
swoich sennych strachów

wyczekuję

zanim usłyszę wdech
i wydech zakończony
cichym pufnięciem
bezwładnych warg

ta sekunda jest wieczna

samotność droczy się
ze mną: „nie myśl sobie
że już nigdy nie możesz
być sam”, ale nie jestem
sam

albo

gdy wracam z długiej
intensywnej podróży
za pełnym portfelem
(pogoń rusza z kopyta
tuż po trzydziestce)
ona mówi: „wykonałeś
świetną robotę, zrobisz to
równie wspaniale
następnym razem, ale teraz
odpocznij, daj sobie trochę luzu
nie pozwól, żeby korniki
wydrążyły twoje drzewo”

tak łamią się ludzie
i nie ma w tym nic z miłości.

Skóra na dłoniach, piętach
kilku innych miejscach
robi się twardsza i grubsza
dotykam jej twarzy, piersi
jej napiętych ust, a ona
pod tym zrogowaceniem
na koniuszku palca widzi
skórę różową i miękką
jak u niemowlęcia.

Z kolei gdzieś w tym
musi być miłość.

[ KIERUNEK ]

Obaj mieliśmy po trzynaście lat
zabłądziliśmy w lesie

naprawdę dostajesz pietra
kiedy słońce zachodzi
a ty nie masz pojęcia
w którą stronę do domu

tylko wielkie drzewa
i drzewa, i jeszcze więcej
wysokich drzew, aż wreszcie
po rozpaczliwej tułaczce
wyszliśmy na polanę zarośniętą
trawą i rumiankiem

pasł się na niej stary
szatański kozioł z rogami
jak rogale oraz paskudnymi
naroślami na pysku

za nim jakiś szaleniec
przechadzał się wzdłuż
walącej się chaty, trzymał
w rękach kankę mleka

mówię wam, facet wyglądał
jak skansen z rękami, nogami
i uszami, ale chrzanić to

Halo! – krzyknąłem.
Zgubiliśmy się!

przebieraliśmy nogami
czekając na odpowiedź
a on tylko patrzył tępo

myślę, że obaj pomyśleliśmy
że ze wszystkich wariatów na
całym świecie trafił się nam
akurat kompletny idiota.

Szarpnął swoją kankę mleka
zarzucił na ramię i zniknął
za płotem z szerokich desek
wysokim na dwa metry

zamknął za sobą
furtkę na rygiel.

Umrę – pomyślałem. A nigdy
nie widziałem cipki na żywo

nie dowiem się jak skończy
Songo z Dragon Balla

albo czy dziewczyny rzeczywiście
sikają tyłkiem.

Poczułem w sobie
wielką chęć uniknięcia śmierci.

Dobra, stary. Podsadzę cię
– powiedziałem. Przeskoczysz
ogrodzenie, a później pomyślimy.

Kiedy chwytał rękami
końce desek ten szatański kozioł
ubzdurał sobie, żeby rąbnąć
mnie łbem prosto w dupę
straciłem równowagę
i obaj padliśmy na ziemię
razem z płotem

po drugiej stronie człowiek-skansen
pił prosto z kanki
mleko ciekło mu po brodzie
nadal miał ręce, nogi
i uszy, tylko teraz strzecha paliła mu się
a łuna unosiła do samego nieba

zamiast poćwiartować nas
i zjeść po kawałku chlusnął nam
w twarze mlekiem, potem
wskazał palcem kierunek.

Zerwaliśmy się, pobiegliśmy
szybko i zwinnie jak dwa
młode lisy wymykające się
obławie. Ten kierunek był dobry
bo zamiast umrzeć mówię teraz
w twojej głowie

ale po latach tułaczki
po miastach

po tryliardach godzin
patrzenia na przesuwającą się
taśmę produkcyjną

po dobijaniu się do jednych drzwi
i trzaskaniu drugimi

po obcinaniu
paznokci u stóp szewskim nożem

rżnięciu w miłość z niewłaściwymi
kobietami przy świetle
dogasających węgielków równowagi

po tym wszystkim myślę
że mógł wskazać nam
lepszy kierunek

lub przynajmniej

zostawić wskazówki
jak wrócić tam
skąd był.

[ ZAJĄC, CO SKRADŁ MARCHEWKĘ ]

Trzecia trzydzieści
pakowałem
swoje truchło do autobusu

dzień zapowiadał się na gorący
i uciążliwy.

Tym razem pole malin
sok z miękkich owoców miał
pokrwawić nam dłonie
i stopy

stygmaty produktywności.

Zobaczyłem jak siedzi
ze złączonymi kolanami
ściskając
między nimi dłonie

jedna z miłych dziewczyn

jedna z tych dziewczyn
które spotykasz na drodze

Wcale nie musimy
tam jechać – powiedziała.
Znam takie miejsce w lesie
gdzie cały dzień moglibyśmy
pieprzyć się i pić, nikt
nie będzie nam przeszkadzał.

(jedna z tych dziewczyn
zsyłanych przez los, aby
dać ci chwilę wytchnienia
i namieszać w głowie)

Oparliśmy się plecami
o wielki dąb i wypiliśmy
kilka butelek, a kiedy
pszczoły i koniki polne
zaczęły nas nudzić
wsiadła na mnie

zaczęła galopować
jak arabski koń.

Ohhh! – jęknąłem

coś twardego i kolczastego
znajdowało się nie tam
gdzie trzeba

kiedy chciałem kazać jej
przestać, zobaczyłem go

niski, chudy chłopak
siedział w krzakach
i robił nam zdjęcia
malutkim aparacikiem.

Hej! – krzyknąłem. Radzę
ci spadać!

Ona uznała to za zabawne
podciągnęła bluzkę
i uśmiechając się
pokazała cycki

później pomachała
przyjaźnie, nie przerywając
gonitwy, a on robił
fotografię za fotografią

kiedy opuścił aparat
jego twarz była jak
kręcąca się karuzela
szczęścia

gdyby nie uszy
śmiałby się
dookoła głowy

ruszył biegiem
przez łąki porośnięte trawą

młody zając, co skradł
słodką marchewkę

i my
dwoje ludzi
bez wytchnienia.

 

[ ŹRÓDEŁKO WYSCHŁO ]

Ojciec zaprowadził mnie
do niej, uczyła matematyki

całkiem niezła młoda dupcia
trochę zasuszona, ten typ
co żywi się papierosami i kawą.

Grozi ci, że oblejesz – powiedział.
Lepiej się postaraj. Zostałem
z nią sam na sam, z książką pełną
funkcji, o kątach mniej i bardziej
rozwartych.

Co chwila robiła przerwę
na papierosa, szła do kuchni
i wrzeszczała przez całe mieszkanie:

Czy niczego ci nie potrzeba?!

Nie, mam się świetnie! – odkrzykiwałem.

Może się czegoś
napijesz?!

Nie, dzięki! Wszystko gra!

Potem wracała, siadała, krzyżowała
nogi i ręce na kolanach. A kiedy
patrzyła na mnie, w każdym oku
widziałem zasypaną studnię.

Źródełko wyschło.

To było spojrzenie kobiety
która właśnie zamyka za sobą
ostatnie drzwi.

Następnego dnia poszła wieść
że stoi naga na balkonie
wymachując uschniętymi piersiami
na prawo i lewo. W życiu
nie widziałem niczego
piękniejszego.

Staliśmy we czterech w tłumie
po drugiej stronie ulicy, a ona
darła się: Hej, frajerzy! Wyglądacie mi
na prawdziwych ogierów. Drzwi
do mieszkania są otwarte!

Zerżną ją – powiedział jeden z nas.
Spójrzcie na tę cipę – dodał drugi.
Wypierdolę ją od tyłu – powtórzył
ten pierwszy. Tylko popatrzę
jeszcze chwilę. A ona machała
cyckami, śmiała się i gwizdała.

Przyjechali po nią karetką
i odwieźli do psychiatryka
skrępowaną
przykutą do łóżka.

Może odpowiedni mężczyzna
mógłby zawrócić ją z tej drogi
ale wleźć w takie bagno
potrafi wyłącznie
prawdziwy heros
w tłumie
nie było żadnego

kręciło się za to
trzech Murzynów
czarne spodnie, białe koszule
wyglądali na przejętych

działo się to
na polskiej prowincji

skąd się tam wzięli?

nie mogę tego
rozgryźć
do dziś.

[ PUSTYNIA TATARÓW ]

Nie potrafisz kochać –
rzekła kobieta, której
nie chciałem. Nie miałem
dość cierpliwości, żeby
powiedzieć to z klasą.

Jakaś impreza we wschodniej
części Poznania, jakaś dziewczyna
bardzo pragnąca mnie skrzywdzić
(jak sądzę miała do tego prawo)
nie mogła nic o mnie wiedzieć
ale przypadkiem trafiła w sedno.

Przelewałem się przez kanapę
od litra ciepłej whisky z colą

kiedy próbowałem podnieść
„Pustynię Tatarów” Buzzatiego
wypadła mi z dłoni na podłogę
ktoś kopnął ją pod komodę
i tam już została.

(Nie potrafisz kochać
nie jesteś
do tego zdolny)

Okopałem się w mojej
twierdzy, wypatrując
nadchodzącej armii Tatarów.

I nadeszła dużo później
w przygasającym świetle
wyposażona
w czarne włosy
sterczące piersi
miłość do zwierząt
i niekończące się zrozumienie

ale wtedy
nie mogłem tego wiedzieć

wgapiałem się w pustynię
każda wydma, każdy kamień
wydawały się identyczne

prawdziwa rozpacz.