MATEUSZ SKRZYŃSKI

Na gazie polubisz mnie na pewno.

A. Ekaf

Wiersze (wybrane)

[ DLA MARKA ]

Mark miał walizkę z rękopisami
oraz pistolet wetknięty za pasek

nigdy się z nimi nie rozstawał.

Czy ta klamka
potrafi strzelać? – zapytałem.

Wyglądała na taką
co pamięta czasy
wojny światowej.

Mam w komorze nabój – powiedział.
Nigdy nie korciło mnie, żeby
wystrzelić
ale teraz, kiedy o tym mówisz
mogę spróbować
trafić w tamtą puszkę po coli.

Nacisnął spust, a pocisk zamiast
wylecieć z lufy
rozerwał pistolet na kawałki.

Mark miał walizkę z rękopisami

od tamtej chwili
podnosił ją lewą ręką.

 

[ COŚ ]

Wszedłem do baru
później wylazłem na ulicę
i wszedłem do kolejnego
kiedy wytaczałem się po raz drugi
miałem w oczach ciemność
męczącej drogi wśród gór.

Ruszyłem przed siebie
to był Kraków
i była wtedy mgła
i ławka przy Błoniach
na której usiadłem
czułem zimno
trochę żalu
że nie wziąłem
niczego na drogę.

Mgła była czuła i gęsta
a z chłodu, który mnie otaczał
wyłonił się biały koń.
Mężczyzna z brodą
trzymał go za uzdę
szli sobie gdzieś
nikomu nie wadząc.

A ja wściekłem się
bo byłem głupi
i oszalały
na wpół martwy
od tego alkoholu
zamachnąłem się
i dałem koniowi w pysk.

Hej, skurwielu! – krzyknął facet.
Co ty sobie myślisz?!
Koń nie spłoszył się
tylko spojrzał tak
aż ścisnęło mnie w dołku.

Nie miałem w sobie
żadnych myśli
wspaniałych myśli
nieśmiertelnych myśli
kiwałem się tylko
w przód i w tył
w tył i w przód
facet z koniem odeszli
a ja czekałem
na coś cudownego
ale to nie miało
zamiaru nadejść.

 

[ STRZELAJĄCY DO OBRAZU GOI]

Kupiliśmy mięso na obiad
trochę ubrań na Kolejowej
odrobinę szczęścia w automacie
do gier (przegraliśmy pięćdziesiątkę
przeznaczoną na rum i sok brzoskwiniowy)
później kupiliśmy rum za pieniądze
przeznaczone na książkę o architekturze
a zakup książki przesunęliśmy na
następny tydzień.

Miasto nieźle nas zmęczyło.

Wróciliśmy, uprawialiśmy seks
z przerwami na drinki
parowało z nas jak z plamy benzyny
o szybę uderzyła wielka lśniąca mucha
kot stanął na tylnych łapach i rozlał się
na oknie, próbując ją złapać
udawałem, że strzelam do niego
jak żołnierze Napoleona
do powstańców na obrazie Goi.

Życie samo w sobie – powiedziała
nie jest wiele warte.

Jak to? – roześmiałem się. – Przecież
możemy kochać się, pieprzyć
chodzić po rum, kłócić, a potem
wybaczać sobie.

A gdybyśmy tego nie mogli? – zapytała.

To byłby prawdziwy koniec świata
dziecinko – roześmiałem się raz
jeszcze.

Gdzieś taki koniec świata
z pewnością istnieje.

Ale nie mamy z nim wiele
wspólnego. I wolałbym, aby
ci co mają
trzymali się z daleka.

Oddałem w powietrze
strzał ostrzegawczy ze swojego
niewidzialnego karabinu

mając efemeryczną nadzieję, że
to może coś znaczyć.

 

[ ŻYCIE JAK WIERSZ ]

Doświadczenie
przemawia wyraźnie
nie pamiętamy naszego
początku, a i śmierć
przychodzi raczej
niespodziewanie

pomiędzy jest więcej
niczego, niż czegoś
prawdziwie konkretnego.

We mnie jest dużo
przebiegania przez pasy
(widziałem wiele
czerwonych świateł
zielone gasną naprawdę
szybko, zawsze mnie to
zaskakuje)

często płacę za parking
i za mandaty za złe
parkowanie

zdarza mi się prać skarpetki
w umywalce (są takie kobiety
które robią to samo z moją
złachaną twarzą)

wyciągam z pępka małe
wszechświaty nieskończenie
rozrastającego się brudu

długo zbieram się w sobie
zanim wywiercę dziurę w ścianie
albo podniosę opadające drzwi

ale przed tym wszystkim
– i jest tego całkiem sporo –
zalegają we mnie słone pokłady
zmagania się.

Jeśli czytasz to, kiedy jeszcze żyję
istnieje prawdopodobieństwo
że właśnie teraz sprawiam komuś
sporo kłopotu
tym zmaganiem się
i nie wykluczone, że tym kimś
mogę być ja.

 

[ OBJAWIENIA ]

Nie wiem jak pisze
się o miłości, gdzie
mieszczą się punkty
jej objawienia.

Może w ciemności
głuchej nocy, kiedy
budzę się wynurzając
z przeraźliwej głębiny
swoich sennych strachów

wyczekuję

zanim usłyszę wdech
i wydech zakończony
cichym pufnięciem
bezwładnych warg

ta sekunda jest wieczna

samotność droczy się
ze mną: „nie myśl sobie
że już nigdy nie możesz
być sam”, ale nie jestem
sam

albo

gdy wracam z długiej
intensywnej podróży
za pełnym portfelem
(pogoń rusza z kopyta
tuż po trzydziestce)
ona mówi: „wykonałeś
świetną robotę, zrobisz to
równie wspaniale
następnym razem, ale teraz
odpocznij, daj sobie trochę luzu
nie pozwól, żeby korniki
wydrążyły twoje drzewo”

tak łamią się ludzie
i nie ma w tym nic z miłości.

Skóra na dłoniach, piętach
kilku innych miejscach
robi się twardsza i grubsza
dotykam jej twarzy, piersi
jej napiętych ust, a ona
pod tym zrogowaceniem
na koniuszku palca widzi
skórę różową i miękką
jak u niemowlęcia.

Z kolei gdzieś w tym
musi być miłość.

 

[ KIERUNEK ]

Obaj mieliśmy po trzynaście lat
zabłądziliśmy w lesie

naprawdę dostajesz pietra
kiedy słońce zachodzi
a ty nie masz pojęcia
w którą stronę do domu

tylko wielkie drzewa
i drzewa, i jeszcze więcej
wysokich drzew, aż wreszcie
po rozpaczliwej tułaczce
wyszliśmy na polanę zarośniętą
trawą i rumiankiem

pasł się na niej stary
szatański kozioł z rogami
jak rogale oraz paskudnymi
naroślami na pysku

za nim jakiś szaleniec
przechadzał się wzdłuż
walącej się chaty, trzymał
w rękach kankę mleka

mówię wam, facet wyglądał
jak skansen z rękami, nogami
i uszami, ale chrzanić to

Halo! – krzyknąłem.
Zgubiliśmy się!

przebieraliśmy nogami
czekając na odpowiedź
a on tylko patrzył tępo

myślę, że obaj pomyśleliśmy
że ze wszystkich wariatów na
całym świecie trafił się nam
akurat kompletny idiota.

Szarpnął swoją kankę mleka
zarzucił na ramię i zniknął
za płotem z szerokich desek
wysokim na dwa metry

zamknął za sobą
furtkę na rygiel.

Umrę – pomyślałem. A nigdy
nie widziałem cipki na żywo

nie dowiem się jak skończy
Songo z Dragon Balla

albo czy dziewczyny rzeczywiście
sikają tyłkiem.

Poczułem w sobie
wielką chęć uniknięcia śmierci.

Dobra, stary. Podsadzę cię
– powiedziałem. Przeskoczysz
ogrodzenie, a później pomyślimy.

Kiedy chwytał rękami
końce desek ten szatański kozioł
ubzdurał sobie, żeby rąbnąć
mnie łbem prosto w dupę
straciłem równowagę
i obaj padliśmy na ziemię
razem z płotem

po drugiej stronie człowiek-skansen
pił prosto z kanki
mleko ciekło mu po brodzie
nadal miał ręce, nogi
i uszy, tylko teraz strzecha paliła mu się
a łuna unosiła do samego nieba

zamiast poćwiartować nas
i zjeść po kawałku chlusnął nam
w twarze mlekiem, potem
wskazał palcem kierunek.

Zerwaliśmy się, pobiegliśmy
szybko i zwinnie jak dwa
młode lisy wymykające się
obławie. Ten kierunek był dobry
bo zamiast umrzeć mówię teraz
w twojej głowie

ale po latach tułaczki
po miastach

po tryliardach godzin
patrzenia na przesuwającą się
taśmę produkcyjną

po dobijaniu się do jednych drzwi
i trzaskaniu drugimi

po obcinaniu
paznokci u stóp szewskim nożem

rżnięciu w miłość z niewłaściwymi
kobietami przy świetle
dogasających węgielków równowagi

po tym wszystkim myślę
że mógł wskazać nam
lepszy kierunek

lub przynajmniej

zostawić wskazówki
jak wrócić tam
skąd był.

 

[ STRÓŻ MIŁOŚCI ]

Ostatniej nocy dałem
ostro popalić, krzyczałem:

Jest tylko to twoje
niekończące się sprzątanie!
Odwiedziny
u mamusi i tatusia.
Masz mnie głęboko w dupie.

A ona na to: Pieprz się! Chlejesz
bez umiaru. Śmierdzisz wódą. Znajdź
wreszcie jakąś
dobrze płatną pracę.

Szlocha, aż trzęsie się całe łóżko
a we mnie nie ma współczucia
wściekam się bardziej

Dlaczego ryczysz?!

Nie poznaję cię! – odpowiada.
Łzy płyną przez szuję
aż po piersi. Jesteś innym
człowiekiem.

I tak wkoło. Póki nie braknie
nam zapału. Miłość ma swojego
anioła stróża. Nie ma najlepszego
wyczucia czasu, ale przychodzi
w przeciwieństwie do spokoju
który nie odwiedza nas wcale.

Trafia mnie, że chleję
bez umiaru, śmierdzę wódą
i nie szukam roboty. Żadnego
z tego nie pragnę, ale coś każe mi
siedzieć w tym po uszy.

Milczymy. Obejmujemy swoje
głowy. Robimy te wszystkie
dobre rzeczy, które robi się
kiedy nienawiść nie powiedziała
ostatniego słowa.

Oczy mam jak opuszczone pajęcze
gniazda, ona nadzieję jaj ziarnko
bez zarodka. Przez chwilę uczymy
się z tym żyć, aż pojawia się on

stróż miłości

dopija butelkę wódki
otwiera laptopa, przegląda wiersze
nudzą go, odpala
przeglądarkę i wali konia do
lesbijskiego porno

później z miłością
spogląda na nas
splecionych w uścisku

uśmiecha się
podnosi kciuk
mówi:

Jeszcze
będzie dobrze.

 

[ ŹRÓDEŁKO WYSCHŁO ]

Ojciec zaprowadził mnie
do niej, uczyła matematyki

całkiem niezła młoda dupcia
tylko trochę zasuszona, ten typ
co żywi się papierosami i kawą.

Grozi ci, że oblejesz – powiedział.
Więc lepiej się postaraj. Zostałem
z nią sam na sam, z książką pełną
funkcji, o kątach mniej i bardziej
rozwartych.

Co chwila robiła przerwę
na papierosa, szła do kuchni
i wrzeszczała przez całe mieszkanie:

Czy niczego ci nie potrzeba?!

Nie. Mam się świetnie! – odkrzykiwałem.

Może się czegoś
napijesz?!

Nie, dzięki! Wszystko gra!

Potem wracała, siadała, krzyżowała
nogi i ręce na kolanach. A kiedy
patrzyła na mnie, w każdym oku
widziałem zasypaną studnię.

Źródełko wyschło.

To było spojrzenie kobiety
która właśnie zamyka za sobą
ostatnie drzwi.

Następnego dnia poszła wieść
że stoi naga na balkonie
wymachując uschniętymi piersiami
na prawo i lewo. W życiu
nie widziałem niczego
piękniejszego.

Staliśmy we czterech w tłumie
po drugiej stronie ulicy, a ona
darła się: Hej, frajerzy! Wyglądacie mi
na prawdziwych ogierów. Drzwi
do mieszkania są otwarte!

Zerżną ją – powiedział jeden z nas.
Spójrzcie na tę cipę – dodał drugi.
Wypierdolę ją od tyłu – powtórzył
ten pierwszy. Tylko popatrzę
jeszcze chwilę. A ona machała
cyckami, śmiała się i gwizdała.

Przyjechali po nią karetką
i odwieźli do psychiatryka
skrępowaną
przykutą do łóżka.

Może odpowiedni mężczyzna
mógłby zawrócić ją z tej drogi
ale wleźć w takie bagno
potrafi wyłącznie
prawdziwy heros
w tłumie
nie było żadnego

kręciło się za to
trzech Murzynów
czarne spodnie, białe koszule
wyglądali na przejętych

działo się to
na polskiej prowincji

skąd się tam wzięli?

nie mogę tego
rozgryźć
do dziś.

 

[ PUSTYNIA TATARÓW ]

Nie potrafisz kochać
nie jesteś
do tego zdolny.

Rzekła kobieta, której
nie chciałem. Nie miałem
dość cierpliwości, żeby
powiedzieć to z klasą.

Jakaś impreza we wschodniej
części Poznania, jakaś dziewczyna
bardzo pragnąca mnie skrzywdzić
(jak sądzę miała do tego prawo)
nie mogła nic o mnie wiedzieć
ale przypadkiem trafiła w sedno.

Przelewałem się przez kanapę
od litra ciepłej whisky z colą

kiedy próbowałem podnieść
„Pustynię Tatarów” Buzzatiego
wypadła mi z dłoni na podłogę
ktoś kopnął ją pod komodę
i tam już została.

(Nie potrafisz kochać
nie jesteś
do tego zdolny)

Okopałem się w mojej
twierdzy, wypatrując
nadchodzącej armii Tatarów.

I nadeszła dużo później
w przygasającym świetle
wyposażona
w czarne włosy
sterczące piersi
miłość do zwierząt
i niekończące się zrozumienie

ale wtedy
nie mogłem tego wiedzieć

wgapiałem się w pustynię
każda wydma, każdy kamień
wydawały się identyczne

prawdziwa rozpacz.

 

Opowiadania (wybrane)

[POSIADACZ ZŁOTEJ PUMY]

Stan mieszkał we wnęce pod balkonem. Trzymał w niej kilka chałatów i dużo suchego kartonu, żeby chronić się przed zimnem. Miał chyba ze sto lat, parchy na twarzy, wrzody na łydkach i wszystkie te paskudne choroby ludzi bezdomnych. Nocami tulił się do pumy ze styropianu, którą znalazł porzuconą przed zoo. Puma miała kolor prawdziwego złota.
Stan był posiadaczem złotej pumy.
Myślał nawet, żeby zrobić pod ogonem dziurę i no wiecie, ale pal go licho. Miłość pozostała platoniczna.
Stan włóczył się po mieście od dwudziestu lat. Powiem wam, że z niejednej płyty chodnikowej jadł. Była z niego stara wyga. Pracował w czterdziestu czterech miejscach. Kradł. Pieprzył się z takimi kobietami, którym już tylko dupa wystawała z trumny. Zaglądał śmierci w oczy nie znając strachu.
Takiego dnia jak dziś albo jutro albo wczoraj. Takiego dnia Stan nagrzał się, wrócił do domu i znalazł we wnęce milion dolarów.
– Milion dolarów – pomyślał i nie zrobiło to na nim wrażenia.
Stan miał grubą skórę. Jeśli coś było to było, a jeśli tego nie było to nie było. Takiej zasady się trzymał, dzięki niej dożył swoich stu lat. Zepchnął górę forsy w kąt. Objął złotą pumę, a ona pierwszy raz zamruczała z rozkoszy. Kopnięciem wywalił karton przysłaniający ulicę. Siadł na pumie okrakiem i odlecieli razem ku niebu, w stronę Gwiazdy Polarnej.
Chałat Stana pięknie powiewał na wietrze.

Po trzech dniach wyciągnęli go za nogi. Stężenie pośmiertne zdążyło ustąpić i kiedy przestali go wlec Stan leżał przed blokiem z rękami uniesionymi do góry. Wyglądał jakby mówił: „macie mnie!” lub „poddaję się!”.
Wiele można było powiedzieć o Stanie, tylko nie to, że ktoś go kiedykolwiek miał, ani to, że się poddał.
Nad nimi pojawił się samolot. Leciał naprawdę nisko. Policjanci zadarli głowy, później spojrzeli na Stana i jeszcze raz do góry. Marzyło im się dobre piwo i bardzo chcieli być gdzie indziej.
A Stan miał to w dupie. On był gdzie indziej albo go wcale nie było. Co za różnica.

[ JACK ]

Jack miał się dobrze.
Prowadził ciężkie życie, które dzielił między trzy zajęcia. Posiadał w sobie dość siły, żeby zimą łowić kraby na morzu Północnym, jesienią zmagał się z silnikami na statkach, a latem pracował w przetwórni ryb w porcie.
Jack był kawałem twardego skurwiela. Zawsze miał w zapasie jakąś energię, której inni mu zazdrościli. Kiedy marynarze mdleli, wyszarpując sztormom klatki z krabami, on pracował miarowo i nie wypuszczał liny z rąk. Czasami dla żartu odwijał rękawy koszuli i trząsł się z zimna, gdy wyciągano za poły mechaników duszących się w kotłowniach. Ale najsilniejszy miał żołądek.
Przetwórnia ryb to paskudne miejsce. Nie tylko dlatego, że można tam łatwo skręcić kark. Jack żył dawno temu, kiedy nie istniały zasady BHP. To czego nie można było sprzedać, rzucano pod nogi, a w najlepszym razie, gdzieś na kupę podobnego gówna. I to cuchnęło.
Nowi wyrzygiwali wnętrzności, zanim zdołali się przyzwyczaić. Większość smarowała górną wargę perfumą, to pozwalało im nie zwariować. Jack nie robił tego nigdy i nigdy nie rzygał. Plotka głosiła, że swoją niezwykłą odporność nabył w kongijskim porcie.
Afrykańska pogoda robiła to co zawsze, czyli dawała popalić, więc bar cuchnął potem, zgnilizną i niemytymi fujarami. Kupił za funta czarną prostytutkę, grubą i pracowitą. Dziwka nie umiała dobrze liczyć, bo pochodziła z plemienia z głębi lądu. Przekręciła licznik klientów i dziewiątka zamieniła się w zero. Miała dobrą noc. Piła od trzech tygodni i nie używała wody. Gdy Jack pochylił się nad jej cipą świat stracił swój kształt.
Rano obudził się w zaułku z guzem na głowie, bez portfela i, częściowo, zmysłu powonienia.
Oberwał? A może ta czarna cipa to było dla niego za dużo? Dla wielu z pewnością tak.
Port, w którym Jack spędzał lato był praktyczny. Ktoś zbudowało go tak, że odległości wydawały się w sam raz. Hotel leżał blisko szynku, a szynk niedaleko przetwórni.
Jack lubił być praktyczny. Nosił praktyczne ubrania i strzygł się w sposób praktyczny. Jack urodził się z praktycznym chujem, zakrzywionym ku dołowi, który świetnie trafiał w punkt. Jeśli jakaś dziwka krzyczała w towarzystwie Jacka, to tylko z radości.
Miasto Yllypaly dobrze obchodziło się z prostytutkami, a biznes stręczycielstwa urządziło równie praktycznie. Większość dziwek miała niewielkie kwatery. Tam gdzie w oknach paliły się świeczki, ktoś zażywał odrobiny przyjemności. Jeżeli świeczka pozostawała niezapalona oznaczało to, że dziewczyna czekała na kolejnego szterlinga.
Jack zarabiał całkiem nieźle. Tego lata jadł smaczne potrawy, pił droższą whisky i planował dobrze poruchać. Poszedł tam, gdzie nie bywał żaden z klientów szynku.
Dom stał na skraju dzielnicy portowej. Przyjmowała tam dziwka o imieniu Lily.
Nie zamienili ze sobą słowa. Była czysta, brała do ust i wykazała odrobinę zaangażowania. Jack zasnął i do rana nikt go nie budził. Zostawił pieniądze na nocnym stoliku, a później poszedł do roboty.
Dzień minął mu dokładnie tak, jak zwykle. Wieczorem zamiast się zalać poszedł do domu na skraju dzielnicy. Zerżnął Lily, tym razem w dupę, a później zasnął i spał jak nigdy dotąd. Należność zostawił na stole, powiększoną o koszt śniadania, które zrobił z tego, co znalazł w kuchni.
Jack spędził z Lily spokojne trzydzieści trzy noce. Zaczął korzystać z umywalni i czytał gazety, zanim zużył je w wychodku.
Trzydziestej czwartej obudził się grubo po trzeciej, zlany potem, nie mogąc złapać oddechu. Coś czarnego, co nie miało kształtu próbowało go udusić. Jack był religijny i pomyślał o Bogu. Jego Bóg miał ręce, nogi, głowę, mówił prostymi zdaniami i trzymał się zasad. Ten skurwiel też był nadprzyrodzony, ale Jack nie mógł powiedzieć, że kiedykolwiek spotkał się z czymś podobnym. A jeśli coś w domu na skraju dzielnicy nie należało do niego, musiało należeć do Lily. Plunął temu w twarz i z trudem wyswobodził się z uścisku.
Jack zrozumiał, że nie jest bezpieczny. Rozumiał to równie dobrze, jak fakt, że ptak lata prosto, a motyl krzywo. Sprawa pewna jak skała. Ale nic z tym nie zrobił.
Następnego dnia wszedł do przetwórni, stanął na stanowisku i ze zmęczenia przymknął oczy. Fetor ryb uderzył w niego, a on nie potrafił się obronić. Zaczął rzygać. Rzygał jak nigdy dotąd. Jak on, kurwa, rzygał! Życie stanęło mu przed oczami. Myślał, że umrze. Ale nic takiego nie nastąpiło.
Wieczorem sam rozpił butelkę whisky i zataczając się otworzył drzwi do domu na skraju.
– Lily, ty dziwko! – powiedział.
Trzasnął ją w twarz, a potem wyruchał. Rano schował portfel do kieszeni, nie zostawiając pieniędzy.
Kolejny wieczór minął tak samo.
– Lily, ty dziwko! – powtórzył. Uderzył ją otwartą dłonią, a gdy podniosła się z kolan pozwolił jej wpatrywać się w siebie długo i z nienawiścią.
Jack wiedział, zanim Lily zdążyła pomyśleć. Pragnienie, które wypełniło ją było praktyczne. Jack zaśmiał się z goryczą. Kazał ssać sobie kutasa, a ona zrobiła, co chciał. Pieniądze zostały w portfelu Jacka.

Czekali na niego na ganku. Trzech zataczających się skurwieli, a jeden brzydszy od drugiego.
Jack nie był sobą. Czuł się Jackiem może w połowie albo jeszcze mniej. Pomyślał, że noc jest piękna, port jest piękny i Lily. Jeśli czegoś wtedy chciał, to czystszej koszuli i może, żeby obeszli się z jego twarzą łagodnie.
Ale Jack, nawet w ćwierci, nadal był Jackiem, a oni okazali się do niczego. Jego ręce poruszały się szybciej, a umysł pracował jaśniej. Zadźgał ich i nie czuł żalu, bo najwidoczniej tak miało być.
Następnego dnia zaciągnął się na statek płynący do Afryki. Gdy odbijał od brzegu gwiazdy świeciły nad Jackiem, a on puścił im oko.
Gdzieś tam dziwki dawały swoim klientom. Marynarze pili w szynkach. Ryby pieprzyły się w morzach. Psy szczały na skrzyżowaniach ulic.
Sprawy toczyły się po staremu.

[ CZARNY LĄD ]

Wykupiłem międzynarodowe ubezpieczenie. Opłaciło się dołożyć kilkadziesiąt dolarów. Kto by pomyślał, że wchodząc na Kilimandżaro można wpakować się w takie gówno. Skręcić kostkę, złamać rękę, nawet ukręcić łeb, spadając z urwiska, w porządku, jest w tym jakiś sens. Ale dźgnięcie nożem, to wydawało się niemożliwe
Dźgnął mnie mój własny tragarz. Pokłóciliśmy się o coś, czego nie zabrał z poprzedniego obozowiska, a czego teraz nie mogłem nawet odnaleźć w pamięci. Tak naprawdę poszło o to, że za dużo pił i mieliśmy przez niego opóźnienie. Chciałem dać mu nauczkę, znaleźć pretekst, żeby odebrać pieniądze, które dostał za targanie łachów, ale oni, ci cholerni murzyni z pokoleń wychowanych na równi z białymi, mają nadpobudliwy instynkt samozachowawczy. Spróbuj coś takiemu zabrać, a rozerwie cię na strzępy, nim się zorientujesz i zniknie w buszu.
Zabrali mnie starym helikopterem do cywilizowanej części Afryki. Ale ciągle Afryki, a moje ubezpieczenie nie było aż tak drogie. Muchy nie dawały nam żyć. Moskitiery były dziurawe, a okna ciągle otwarte z powodu fetoru gówna zmieszanego ze zgnilizną, który nie pozwalał zaczerpnąć powietrza. Dostałem kawałek ligniny natarty intensywnie pachnącą maścią. Doktor pokazał mi, żebym położył materiał na twarzy. Miał pomóc na zapach i insekty.
Szpital był przepełniony, a my leżeliśmy we dwóch na sześcioosobowej sali. Wykombinowałem, że była to sala tych z prywatnym ubezpieczeniem i też ulegała przepełnieniu, ale ci co zajmowali inne łóżka po prostu umarli. Tak właśnie myślałem. Nie nastawiałem się zbyt optymistycznie.
Gdzieś tam na Kilimandżaro została moja żona.
Wycieczka to pomysł Kitty.
Kiedy kobieta mówi, że między wami nie dzieje się dobrze, a ty nie masz zielonego pojęcia o czym mówi, pozostaje ci zrobić to czego od ciebie oczekuje. Oczywiście, jeżeli ją kochasz, bo w innym wypadku każesz jej iść do diabła i puszczasz trochę kasy w obieg, żeby się rozerwać.
Powiedziała: „ Zróbmy coś razem. Coś co sprawi, że znów poczujemy się żywi”. Cholera, przecież czułem się żywy, miałem żołądek, wątrobę, resztę flaków, ręce, nogi i to pracowało, i miało się wyśmienicie.
Wyobraź sobie. Ktoś nagle mówi ci, że jesteś trup. Musisz coś zrobić, żeby się reanimować, bo zostaniesz w tyle za nią, tą, która chce cię bardziej żywego niż jesteś.
Przejrzeliśmy folder z ofertami wycieczek. Mogliśmy wybrać dwa tygodnie w Egipcie, to byłoby miłe, nawet safari byłoby bezpieczniejsze. Nosiłbym przy boku strzelbę, a ona mówiłaby mi jak dobrze z nią wyglądam. Mierzylibyśmy do zwierząt z wynajętym myśliwym, jakimś ogorzałym Jackiem albo Hankiem, co zna się na rzeczy i jest biały. On celowałby w środek antylop, zebr, a może nawet i jakiegoś lwa, a ja waliłbym gdzieś w krzaki, udając, że cokolwiek trafiłem. Kitty piszczałaby z radości. Ale zobaczyliśmy ten tytuł i było po nas.
„Siedem wspaniałych dni, podczas marszu na szczyt Kilimandżaro”.
Miałem piętnaście kilo nadwagi, kondycję w zaniku i nadpotliwość. Nie wiem, co mnie podkusiło.
Pewnie jakoś przeżyłbym ten tydzień marszu, nic by się nie wydarzyło, gdybym trzymał język za zębami, ale stało się. Ja w szpitalu, a ona gdzieś w połowie drogi na czubek wulkanu. Przeżywaliśmy tę przygodę oddzielnie i to napawało mnie niepokojem.
Nie mogłem spokojnie myśleć. Nie potrafiłem sobie tego rozpracować. A ten skurwiel Wilson, wcale mi w tym nie pomagał.
Wilson leżał na łóżku przy drzwiach. Miał wielki brzuch, przedziałek na głowie i najbardziej irlandzką twarz na całym zasranym kontynencie. Mogłem się o to założyć.
– Ucięliście mi nogę! – wrzeszczał.
Fakt nie miał prawej nogi, tylko kawałek zabandażowanego kikuta, kończący się wysoko nad kolanem.
– Ucięliście mi nogę! – powtarzał. – Pierdolone czarnuchy! Kto wam dał prawo, żeby decydować, czy będę chodził, czy nie? Która dziwka mnie teraz zechce! Kurwa wasza mać!
– Może ty, laleczko, weźmiesz mi do ust? – Do sali dwa razy dziennie zaglądała pielęgniarka. Ładna murzynka ze starannie zaplecionymi warkoczykami. Wilson wydzierał na nią gębę, a ona go ignorowała. – Miałaś kiedyś w ustach białego fiuta? Ej, kuntakinte! Mówię do ciebie!
– Nikt nie pierdoli facetów z kulasami. – Zwrócił się do mnie.- To obrzydliwe!
– Daj spokój, Wilson – mówiłem.
– Obrzydliwe! Obrzydliwe! O B R Z Y D L I W E !
Ten Irlandczyk był niespełna rozumu, ale z opieką medyczną rzeczywiście coś było nie w porządku. Rana po pchnięciu nożem babrała się i miałem wrażenie, że w środku nie pozszywano wszystkiego jak trzeba. Gdy próbowałem się poruszyć, przewiercał mnie ból, jakby ktoś nadziewał mnie na gorący pręt.
– To – wskazałem na ranę i odchyliłem opatrunek. – Nie wygląda za dobrze.
Doktor rzucił okiem na wielki bąbel ropy, zbierający się wokół cięcia i poklepał mnie po ramieniu. Brzuch wyglądał jakby miał za chwilę eksplodować.
– Don’t worry – powiedział. – Fine. Very fine.
Miałem przy sobie telefon satelitarny. Zapisałem w nim dwa numery. Jeden z nich do ubezpieczyciela. Dzwoniłem i dzwoniłem, ale ciągle było zajęte. Dwa razy odebrała jakaś młoda kobieta i zapewniła mnie, że szpital spełnia wszystkie normy, a jak tylko mój stan zdrowia się poprawi zostanę przewieziony do Europy.
– Jezu – myślałem. – Umrę tutaj. Zakopią mnie gdzieś za latryną. Taki będzie mój koniec.
Drugi numer łączył z telefonem satelitarnym Kitty.
Dzwoniłem, ale nie odbierała, tylko to cholerne biiip, biiip i żadnej odpowiedzi po drugiej stronie.
W nocy obudził mnie dźwięk przychodzącej wiadomości. Kitty napisała „Odchodzę”, ani słowa więcej. Pięćdziesiąt lat temu musiałaby wysłać posłańca albo napisać list. I ja mógłbym trzasnąć tego posłańca w gębę, a list z pewnością nie byłby tak krótki. Mógłbym go czytać w kółko, doprowadzając się do szaleństwa. Może bym wtedy zdechł, od nieustannego dźgania się w serce. Takie „Odchodzę”, nic nie znaczyło. Tyle co splunąć komuś pod stopy i nie spojrzeć w oczy.
Wilson dostał gangreny albo czegoś takiego. Wyglądał na rozpalonego gorączką. Oczy miał jak dwa wypalające się słońca. Ubzdurał sobie, że odrosła mu noga. Zwalał się z łóżka na podłogę i czołgał w tę i z powrotem.
– I co wy na to, czarnuchy! – krzyczał. – Raz i dwa! Raz i dwa! Krok defiladowy jak na Trafalgar Square!
Machał kikutem, starał się podeprzeć nogą, ale to nie mogło się udać.
– Macie królową, gównojady? – dawał do pieca. – Założę się, że nie! Rządzi wami, jakiś stary skurwiel obwieszony sznurkami. Ma obwisłe suty, przebite świńskimi kłami i mieszka w chatce z krowiego gówna. Oto wasza cywilizacja!
Podczołgiwał się do mnie, chwytał brzegu łóżka i mówił:
– Jak tylko w pełni wydobrzeję wyjadę stąd i nigdy nie wrócę. NIGDY!
Jemu było już bliżej niż dalej, ale mnie czekała jeszcze długa droga do śmierci.
Ciało odmawiało mi posłuszeństwa. Kiedy otwierałem oczy, pole widzenia miałem węższe niż zwykle, ale umysł pracował jasno, najjaśniej od kiedy pamiętam.
Takie myśli przychodzą do ciebie, nawet nie wiesz skąd. Byłem bliski śmierci, jak nigdy i to normalne, że mogłem pozwolić sobie spojrzeć na siebie krytyczniej.
Jest taka grupa nieszczęśników, facetów jak ja, którzy nawet z górą pieniędzy, nie są w stanie zadowolić kobiety. Tak naprawdę zadowolić. Rozumiecie.
Zawsze starałem się mieć pełny portfel, skończyłem dobrą szkołę i nauczyłem się manier, ale to na nic. Albo jesteś do tego stworzony albo nie. Kochałem kobiety bez wzajemności, teraz sobie to uświadomiłem. A najbardziej z nich Kitty, a ona próbowała pokochać mnie, ale to było niemożliwe. Całkowicie wbrew prawom natury.
Może Wilson też cierpiał na tę samą przypadłość, przypadłość mężczyzn pozbawionych ikry, dlatego tak przejął się brakiem nogi. Chociaż nie trudno przejąć się brakiem nogi, po prostu dlatego, że się nie ma nogi. Mimo to poczułem, że coś nas łączy. Kiedy udawał, że defiluje czołgając się po sali, wygwizdywałem „God Save the Queen” najlepiej jak umiałem.
Potem Wilson umarł, a ja przehandlowałem telefon satelitarny na buteleczkę leków. Pielęgniarka pokazała mi, żebym łykał po jednej, kiedy boli. Pomagały, ale bez dwóch zdań zrobiono je z gówna, które koiło cierpienie i przyspieszało nieuniknione.
Spędziłem tak kilka dni, przechylając butelkę i wyłuskując językiem po dwie, trzy tabletki. Życie nie przepływało mi przed oczami. Wręcz przeciwnie, ciągle myślałem o Wilsonie, później o Kilimandżaro i mojej ulubionej koszuli w kolorze khaki, znów o Wilsonie, o Kitty. Kołatało mi w głowie: „Odchodzę”, „ODCHODZĘ”, „odchodzę”, „O D C H O D Z Ę”. Byłem tak bliski końca, jak może być człowiek.
Wtedy ktoś dotknął mojej skroni. Kitty odgarnęła mi włosy z twarzy.
– Jak ty wyglądasz, kochany – powiedziała. Miała łzy w oczach. – Och, jak żałuję, że cię opuściłam.
Obok niej stał wysoki murzyn. Rozpoznałem w nim naszego głównego przewodnika. Biła od niego energia, której mnie zawsze brakowało.
– Spałem z pańską żoną, sir – powiedział. – Ale to nic nie znaczy, sir. Żona pana kocha, sir.
– Czy mi wybaczysz, kochany? – zapytała Kitty. – Przyjechałam zabrać cię do domu.
Pomyślałem, że cztery dni to strasznie krótko, żeby podjąć decyzję, a ona już wskoczyła mu do łóżka. Potem przyszło mi do głowy, że tak strasznie głupio, że musieliśmy, ona musiała, przyjeżdżać po to aż tutaj.
Ale wróciła. Prosiła mnie o wybaczenie. Cieszyłem się. Może jeszcze miałem czas, żeby stać się mężczyzną.
Zapakowali mnie do helikoptera. Wszystko się zamazało. Kitty trzymała mnie za rękę i chyba skierowaliśmy się w głąb lądu.
Potem zaczęło padać, lało jak z wodospadu. W życiu nie widziałem takiej ulewy. A kiedy już ją sobie dokładnie obejrzałem, zasnąłem.

[ BOLI ]

Miałem wtedy dwadzieścia kilka lat, a ten ból w boku, tuż pod żebrami doprowadzał mnie do rozpaczy.
Doigrałeś się, tak sobie myślałem, doigrałeś. Nie można bezkarnie odwracać się dupą do świata. Teraz umrzesz i nigdy już nie będziesz mógł mówić, że masz ochotę się zabić, a później skakać w zimie z drugiego piętra prosto w zaspy. Nie kupisz ćwiartki, żeby iść ulicą bez celu i mówić sobie, jak bardzo świat jest do dupy, a później wychylić flaszeczkę do dna i pozwolić się temu rozpłynąć. Umrzesz. Tym razem na pewno. Skończysz się, idioto, za wcześnie, żeby mieć z tego przyjemność.
Ludzie pukali, a ja krzyczałem, żeby się wynosili, żeby szli sobie do diabła. Nie miałem ubezpieczenia. Mogłem tylko czekać, a wolałem robić to w samotności. Ale niektórych nie można było powstrzymać. Potrafili znaleźć sposób, żeby przejść przez zaryglowane drzwi.
– Jezu, jak ty wyglądasz – mówili, wypijając mój ostatni sześciopak piwa. – Myślisz, że mógłbym pożyczyć sobie toster? Albo tę koszulę? Nawet jak z tego wyjdziesz, to nie będziesz jej nosić. Schudniesz. To pewne. Nawet ci trochę zazdroszczę. Pieprzony szczęściarz. Zawsze uważałeś się za lepszego, nie? Może i nawet jesteś, ale co z tego, prawda?
Kobietom było mnie żal. Byłem pięknym chłopcem. Potrafiłem posługiwać się językiem i nie szczędziłem im przyjemności. Miałem swoją renomę. Renomę, duże soczyste usta, wąs i ruchliwy język. A czy wspominałem, że byłem pianistą? Tak, byłem też pianistą. Miałem długie, szybkie palce.
– Co mogę dla ciebie zrobić? – mówiły. – Może małe dymanko zanim umrzesz?
Było ich wiele. Bolało. Ale nie tak jak to cholerstwo z boku, tuż pod ostatnim żebrem. To próbowało mnie zabić.
Robiłem sobie spacery. Chciałem to rozchodzić, ale nic z tego. Czułem, że tracę siły. Nie starczało mi energii nawet na zachowanie twarzy. Nie miałem siły na pozy. Nie udawałem już, że nie zależy mi na przyszłości. Zależało mi jak cholera! Chwytałem każdą nić prującą się z niedbale uszytego swetra.
Nadeszła noc i wiedziałem, że to właśnie ta. Wziąłem do ręki jakąś książkę, żeby poczuć się mniej samotnie.
„James pieprzył ją. Był królem świata. Lucy chciała czegoś więcej, ale nie miała zielonego pojęcia czego. James wiedział czego chciał, dlatego był królem i dlatego pieprzył ją długo i mocno”. Takie i podobne bzdury. Przyszło mi umierać w głębokiej samotności.
Stało się. Rozrywało mi bebechy. Podniosłem koszulę, a pod lewym żebrem otworzyła się rana. Umrę jak Jezus, pomyślałem. Od ciosu zadanego z niewiadomej ręki. Ale rozcięcie nie krwawiło. Wypełzła z niego pijawka, taka na trzy cale, może trochę więcej. Ześliznęła się po skórze i upadła na podłogę.
Ból minął. Ulga, jakby ktoś wyciągnął ci z dupy wielkiego kutasa.
Robal wpełzł pod łóżko i musiałem przechylić się, żeby móc go zobaczyć. Odwrócił się. Właściwie to spojrzał przez ramię, a raczej gdyby był człowiekiem to tak by to wyglądało. Miał ogromne oko pełne mądrości. Pewnie powiedziałby też coś mądrego, ale nie miał ust, tylko to piękne oko i trzy cale, może więcej, niezbyt przyjemnego ciała.
Patrzyliśmy na siebie. Czas mijał. Nic z tego nie wynikało.
Wstałem, poszedłem do kibla, odlałem się. Pokiwałem głową z niedowierzaniem i wszystko zapomniałem. Musiałem odzyskać toster. I koszulę. I sześciopak piwa.
Świat znów stał się nie do zniesienia.